Dom Stu Imion i Zaginiona Piosenka

Opublikowano w 7 grudnia 2025 16:00

„Team cohesion is directly linked to employee resilience.”
– Journal of Occupational Health Psychology, 2021

 

Na granicy Doliny Gościnności, tam, gdzie mgła nie znika nawet za dnia, stał Dom Stu Imion. Z zewnątrz przypominał zwykły hotel. Rzędy okien, ogród, w którym ktoś dawno przestał podlewać rośliny. Ale w środku było coś, czego nie potrafiłby opisać żaden plan architekta. Coś drgało w powietrzu, jakby ściany pamiętały wszystkich, którzy przez nie przeszli, i nie potrafiły już odróżnić żywych od tych, co odeszli.

Każdego dnia przybywali nowi ludzie. Recepcjoniści, kelnerzy, pokojowe, kucharze. Nie znali się, nie pytali o imiona. Nie było sensu za tydzień i tak przyjdą następni. W biurze wisiała wielka tablica z setkami kartek, na każdej inne imię. Po kilku dniach niektóre odklejały się, inne zamazywał kurz. Nikt nie czyścił tablicy. Nie było komu.

Nad wszystkim czuwała Strażniczka Kluczy, kobieta o twarzy zmęczonej jak poranny świt. Pamiętała czasy, gdy Dom miał duszę. Gdy ludzie zostawali tu na lata, a nie na grafiki. Gdy po pracy siadali razem w kuchni i śpiewali Piosenkę Wspólnoty. Miała prosty refren, kilka słów o tym, że każdy głos ma znaczenie. Ale nikt już jej nie pamiętał.

Strażniczka miała na imię Kunegunda, choć większość nowych pracowników mówiła do niej po prostu „pani z kluczami”. Kiedyś była kierowniczką, potem sama poprosiła o przeniesienie. Powtarzała, że woli trzymać klucze do pokoi niż do ludzi, bo tych drugich nikt już nie potrafił otworzyć.

Kunegunda codziennie rano chodziła po korytarzach. Sprawdzała zamki, zbierała zgubione identyfikatory, zbierała to, co po ludziach zostawało: notatki, przypinki, zdjęcia. Czasem patrzyła na te rzeczy jak na artefakty z przeszłości. Inni widzieli w nich śmieci.

W pewnym momencie coś zaczęło się dziać. Najpierw drobiazgi, światło w kuchni gasło samo, mimo że żarówka była nowa. W nocy z piwnicy dochodził dźwięk, jakby ktoś próbował stroić instrument. Potem ktoś powiedział, że słyszał śpiew. Cichy, urywany, bez słów.

Kunegunda poszła tam pierwsza. Miała ze sobą latarkę, ale bateria padła po kilku sekundach. W mroku widać było tylko kontury starych skrzyń. Kiedy przystanęła, poczuła zimne powietrze, które pachniało kurzem i metalem. I wtedy usłyszała to wyraźnie, fragment melodii. Tę samą, którą kiedyś śpiewali w kuchni po kolacji.

Nie była pewna, czy to halucynacja, czy wspomnienie, ale od tamtej chwili nie mogła przestać myśleć o pieśni. Szukała jej w głosach nowych pracowników, w stukocie filiżanek, w szumie odkurzaczy. Czasem jej się zdawało, że słyszy pojedyncze nuty, ale nigdy całość.

Wtedy przyszedł On - chłopak, który przedstawił się jako Marek. Nikt nie zapamiętał jego nazwiska. Miał zmęczone oczy i dłonie, które wyglądały, jakby zbyt długo trzymały narzędzia. Mówił mało, pracował dobrze. Kunegunda od razu zauważyła, że coś w nim jest,  jakaś cisza innego rodzaju.

Pewnej nocy, gdy kończyła obchód, usłyszała dźwięk fortepianu. Cichy, delikatny, ale prawdziwy. Dźwięk wychodził z pustej sali bankietowej. Kiedy zajrzała, zobaczyła Marka. Grał. Bez nut, bez światła. Tylko on i instrument, który od dawna stał tam przykryty plandeką.

Kunegunda usiadła na podłodze i słuchała. To była Piosenka Wspólnoty. Melodia, którą pamiętała z dawnych czasów. Wstała i zaczęła śpiewać. Głos był słaby, drżący, ale prawdziwy. Marek uśmiechnął się po raz pierwszy.

Następnego dnia przyszło kilku ludzi, by zobaczyć, co to za hałas. Potem przyszli kolejni. Wieczorem cała kuchnia była pełna. Śpiewali, niepewnie, po cichu, ale razem. I coś się zmieniło. W powietrzu zrobiło się lżej. Ktoś powiedział, że to dobry znak.

Ale dobra atmosfera nie trwa długo tam, gdzie system nie zna pojęcia „razem”. Następnego dnia dyrektor z centrali przyjechał niezapowiedzianie. Powiedział, że zbyt dużo czasu tracą na „zabawy”. Kazał wywiesić nowy regulamin: Zakaz wspólnych zgromadzeń po godzinach pracy.

Wieczorem fortepian zniknął. Marek też.

Kunegunda szukała go przez kilka dni. W końcu znalazła w piwnicy. Martwego. Siedział przy ścianie, oparł głowę o kolana. Obok stał klucz. Jeden z tych, które nosiła na pasie. Tylko ten miał numer, którego nigdy wcześniej nie widziała: 0.

Nie zgłoszono tego. Kierownik kazał milczeć. „Nie ma dowodów, że to nasz pracownik” -  powiedział. A potem kazał zdjąć jego imię z tablicy.

Ale nocami Dom znowu śpiewał. Tym razem wyraźnie. Każdy, kto został po zmianie, słyszał muzykę dochodzącą z pustych korytarzy. Melodia była inna - głębsza, jakby złożona z setek głosów. Ludzie zaczęli mówić, że to Pieśń Marka. Że przynosi spokój, ale też przypomnienie.

Kunegunda wróciła do piwnicy. Znalazła tam fortepian, choć nikt go nie przywiózł z powrotem. Klucz o numerze 0 wciąż leżał na ziemi. Włożyła go do kieszeni i położyła dłonie na klawiszach. Poczuła ciepło. Głos w jej głowie powiedział: „Zostań.”

Nie wróciła już na górę.

Rankiem jej nie znaleziono. W biurze dyrektor odkrył, że tablica z imionami jest czysta. Wszystkie kartki zniknęły. W ich miejscu widniał napis wypalony jak ogniem:

„Nie ma zespołu bez trwania.”

Dziś Dom Stu Imion stoi pusty. Ale jeśli wejdziesz nocą i posłuchasz uważnie, usłyszysz muzykę. Delikatną, jak oddech wspomnienia. Mówią, że to pieśń tych, którzy postanowili zostać na dłużej. Nie w miejscu, lecz w pamięci.

 

Morał:

Zespół to nie zbiór stanowisk, tylko harmonia głosów. Gdy jeden milknie ze strachu, cała melodia traci sens.